Ten o kartce urodzinowej z motylem.

 Znacie to uczucie, kiedy musicie coś zrobić i macie na to kupę czasu, ale odkładacie to na ostatnią chwilę, a potem w pocie czoła pracujecie, żeby wszystko skończyć? 
 Ja znam i to doskonale. Kiedyś przyjaciółka powiedziała mi w żartach, że 'taki mam już tryb,
i chyba pod tą presją, prace wychodzą mi najlepiej' i wiecie co ? Bardzo podobał mi się ten argument i tymi właśnie słowami tłumaczyłam sobie każdą sytuację, kiedy miałam do oddania/ wysłania zamówienie i siedziałam na ostatnią chwilę do 3 - 4 rano, a czasami nawet i do 9 - 10, żeby wszystko dopieścić. 
 A tak naprawdę ? Tak naprawdę to zwykłe lenistwo, które próbuje wytłumaczyć sama przed sobą.

 Kiedy przeprowadziłam się do Lublina, zamieniłam mój przytulny pokoik, w którym mogłam bałaganić i świecić światło dokąd chciałam, na pokój ze współlokatorką, której tryb życia
i poranne zajęcia musiałam brać pod uwagę. Nie mogłam już sobie pozwolić na świecenie światła do 4 nad ranem i suszenia okładki suszarką, ponieważ zaledwie kilka kroków ode mnie spała moja współlokatorka. Pierwsze zamówienie jakie otrzymałam w Lublinie, jak to miałam
w zwyczaju odkładałam na ostatnią chwilę - a to zajęcia, a to projekt, a to spotkanie, a to coś,
i tak zanim się obejrzałam z kilku tygodni, zrobiło mi się raptem parę dni na wykonanie albumu. Wtedy zaniedbałam nie tylko termin oddania, ale także kilka rzeczy na uczelni, i dotarło do mnie, że tak się nie da. Przy kolejnym zamówieniu lepiej rozplanowałam czas i przerzuciłam się z godzin wieczornych/ nocnych na poranne i wiecie co ? W dzień tworzy się równie dobrze jak
i w nocy, a dodatkowymi plusami jest fakt, że mogę się kogoś poradzić (bo nie śpi), mogę używać suszarki i mogę sobie do woli hałasować i świecić światło, a po skończonej pracy światło jest jeszcze na tyle dobre, że mogę zrobić ładne zdjęcie na bloga. 
 A ile tak naprawdę wyciągnęłam wniosków z odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę? Momentami mam wrażenie, że niewiele, bo tak oto wróciłam z Lublina do domu i miałam cały tydzień, żeby zrobić kartkę urodzinową dla kuzynki, a jak to miałam i czasami jeszcze mam
w zwyczaju, kartkę skończyłam na godzinę przed wyjściem... Chociaż w tym wypadku chyba wyszło mi to na dobre, bo z kartki jestem naprawdę zadowolona! 




 Kartka miała być 'na szybko', miała być prosta, a jednocześnie miała przyciągnąć uwagę, i chyba mi się udało, bo jubilatka oglądała kartkę z szerokim uśmiechem na buzi. Chyba za bardzo upodobałam sobie motyle, bo każda praca jaka wyszła spod moich rąk w przeciągu ostatnich kilku miesięcy, gdzieś tam ma upchniętego motylka, ale specjalnie mi to nie przeszkadza - motylki są delikatne, eleganckie i pasują wszędzie, a do tej kartki, ten motyl pasował mi idealnie. 
Co myślicie ? 

Buziaki,
M.

CONVERSATION

1 komentarze:

  1. jak zwykle śliczna, cudowna dbałość o szczegóły, świetna kompozycja :)
    fajnie, że przerzuciłaś się na poranne godziny, choć ja też lubię działać w nocy ;)

    OdpowiedzUsuń

Hej!
Cieszę się, że wpadłeś na mojego bloga i będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz komentarz. Jeśli coś Ci się nie podoba, bądź masz jakieś uwagi to napisz mi to tutaj bądź w mailu, zobaczymy co da się z tym zrobić. Dziękuje za wszystkie komentarze i obserwacje! ♥