Ten nie tylko o dobrych chwilach.

Turkot pociągowych kół, głos konduktora ledwo słyszalny z głośnika i szeleszczące papierki
w przedziale przypominają mi, że jeszcze trzy długie godziny muszę spędzić w pociągu jadącym do Lublina. Ten czas można wykorzystać na dużo sposobów, ale mnie zebrało się na wspominanie. Wspominanie minionego roku, wspominanie studniówki która wypadała dokładnie rok temu 10 stycznia, wspominanie tych wszystkich dobrych chwil spędzonych z przyjaciółmi,
z bliskimi czy w samotności, ale szczęśliwych...

Coś się kończy, coś zaczyna, ale mimo wszystko trzeba iść do przodu i z nadzieją wypatrywać lepszego jutra. Rok 2015 był dla mnie szczególnym rokiem, dużo się działo, dużo się nauczyłam, nudno nie było. Rok 2015 przywitałam jak i zakończyłam mając wokół siebie wspaniałych ludzi, ale najważniejsze chyba jest to, że byli oni ze mną i są w najważniejszych dla mnie momentach
i wspomnieniach. Rok 2015 można podsumować jako rok 'pierwszych razów'. Pierwsza studniówka, pierwszy zjazd na nartach, pierwsza matura, pierwsze sushi, pierwsze studia, pierwsza praca, pierwsza przeprowadzka, pierwsza współlokatorka czy pierwsza podróż pociągiem - nooo nie pierwsza w ogóle, ale pierwsza w pojedynkę. Jedyne czego żałuję wspominając miniony rok, to fakt, że nie dało się jeszcze więcej i jeszcze bardziej go wypełnić. 
Myśląc o minionym roku nie mam poczucia straconego czasu, miło wspominam każde spotkanie, każdą wycieczkę rowerową, nocny wypad na rolki, pieczenie gofrów, robienie o północy pizzy, czy podróż - małą i dużą.

Ale po kolei...
Styczeń był miesiącem studniówki, czyli 'tego naszego najwspanialszego balu w życiu'. Organizacji tej imprezy nie ma co komentować, bo na to szkoda słów, ale zabawa była fantastyczna. Idealna sukienka, idealna fryzura, idealny polonez, wygodne buty i idealni przyjaciele z którymi przetańczyłam całą noc. Cieszę się, że nie byłam jedną z tych dziewczyn które dostawały totalnego kręćka na myśl o studniówce i nie wydałam na jedną imprezę majątku, a sukienka która wisi w szafie przyda mi się jeszcze na inną okazję. 

Ferie zimowe wypadające w lutym spędziłam w większości w Warszawie, mieście które gdzieś mnie po drodze zauroczyło, mieście do którego bardzo lubię wracać, a trochę więcej o tym wyjeździe tu. Końcówkę ferii spędziłam w czarnej górze na nartach, przeżyłam! Ferie jak szybko się zaczęły, tak szybko się skończyły. To był dobre ferie które spędziłam na zabawie i nie żałuję tego.

Wszystkie problemy, smutki i żale skończyły się z dniem 27 kwietnia, czyli z dniem oficjalnego zakończenia szkoły i początkiem 'najdłuższych wakacji w moim życiu'. 

Maj - matury. To był dziwny okres... albo to ja byłam jestem dziwna. Nie czułam wielkiego stresu, nie czułam presji, że od tego egzaminu zależy cała moja przyszłość... okej, jakiś tam stresik był, ale czułam się raczej pewnie. Jedyne czego się bałam to ustny angielski i nowa forma ustnego polskiego - ale sądząc po wynikach nie było się czego obawiać. Nie żałuję żadnego dnia ani godziny której NIE wykorzystałam na naukę do matury. Nie żałuję żadnego piwa czy kawy wypitej z przyjaciółmi tuż po egzaminie. Nie żałuję żadnej nieprzeczytanej lektury ani nie rozwiązanego zadania domowego z matmy. Nie warto. Cieszę się, że pomimo, iż nauczyciele już od pierwszej klasy straszyli nas, i roztaczali wokół matury tę aurę ważności, ja uczyłam się swoim normalnym rytmem i nie rezygnowałam z dotychczasowego życia 'bo matura'. To czego nauczyliśmy się przez te wszystkie lata jest 'nasze', a te kilkanaście lektur przypomnianych tuż przed maturą, czy wzory wykute na pamięć dzień przed, w niczym nam nie pomogą.

Czerwiec rozpoczął się dla mnie kolejnym wyjazdem do Warszawy, tym razem pojechałam tam spełnić moje małe marzenie - Orange Warsaw Festival i koncert Bastille a także Muse. Było fantastycznie. Poznałam mase nowych ludzi, spędziłam wspaniałe chwile bawiąc się na koncertach z dziewczyną którą poznałam parę dni przed koncertem, i którą zobaczyłam dopiero godzinę przed otwarciem bramek na Służewcu. Zdarłam gardło i wyskakałam się jak nigdy. Mogę nawet odhaczyć zgubienie się o północy w Warszawie i błądzenie przez  ponad 2 godziny 'bo telefon padł', a 'Objawienie królowej jasnego dworu w ludzkiej postaci' to chyba jedno
z najbardziej klawych określeń jakie mogłam usłyszeń w podziemiach przy dworcu centralnym od wesołych, pijanych panów (a więcej o tym wjeździe tu i tu). Och! i prawie bym zapomniała - wyniki matur, otrzymałam wyniki matur.


Lipiec rozpoczęłam od wyjazdu do Krakowa, do Izy, z którą bardzo miło spędziłam czas, a także dzięki niej pokochałam Thora i Marvelowskie filmy (więcej o Krakowie tu). W lipcu spędzałam dużo czasy na spacerach, na lodach, na pogaduchach i na kawie z moimi dziewczynami. W lipcu dowiedziałam się też, że zostałam przyjęta na studia które wyszły dość... niespodziewanie, ponieważ składałam wszystkie papiery dzień przed końcem rejestracji. Wynajęłam pokój
w Lublinie i przy okazji trochę go zwiedziłam, po drodze załapał się też Sandomierz, ale nie na długo bo następnego dnia musiałam iść do pracy - tak, to też udało mi się odhaczyć w tym roku.

Praca wyszła przypadkiem, więc nasze rozstanie początkiem sierpnia było bezbolesne, znaczy... pomijając kilka nieprzyjemnych akcji mojej 'szefowej'. A z pracą rozstałam się na rzecz długo wyczekiwanego wyjazdu do Chorwacji. To miejsce absolutnie mnie urzekło! Najchętniej zostałabym tam na dużo dłużej, ale tak się nie dało :( Widoki, klimat, ciepła woda, słońce i świeże owoce z targu były jak dla mnie wystarczającą rekompensatą za ponad dwudziestogodzinną podróż...
Po powrocie z wakacji resztę sierpnia spędziłam na spotkaniach ze znajomymi, spacerach i powolnym szykowaniu rzeczy do wyprowadzki. Tuż po powrocie nadrobiłam listowe zaległości, a także wykonałam swój pierwszy album na zdjęcia, które teraz robię na zamówienie (pierwszy album tu).

Wrzesień był miesiącem trochę imprezowym, trochę smutnym. Niezliczone godziny spędzone przy winie czy innym alkoholu, na ploteczkach, filmach, spacerach czy spontanicznych wyjściach ze znajomymi i przyjaciółmi utwierdziły mnie w przekonaniu, że otaczają mnie wspaniali ludzi.
Pod koniec września odbyło się także pierwsze spotkanie integracyjne ludzi z mojego kierunku,
i było całkiem fajnie! To był dobry początek.

Październik jest miesiącem moich urodzin. Pomimo zajęć i zadań jakich już było dużo na uczelni, nie mogłam się powstrzymać aby nie pojechać do domu i nie spędzić weekendu z bliskimi. To był szalony urodzinowy weekend, ale udało mi się zmieścić w tych krótkich 3 dniach podróż z Lublina do Krakowa, gdzie spotkałam się z Izą, a potem przesiedziałam całą noc z winem i dziewczynami, popołudniowe spotkanie w Jaworznie z Anią, wieczór spędzony z rodziną i kolejną podróż do Krakowa a później do Lublina. A w poniedziałek wisienką na torcie było spotkanie z kuzynką
z Warszawy, która postanowiła do mnie przyjechać ♥


Listopad i początek grudnia zleciały jak nigdy. Oprócz kilkudniowego pobytu w domu na wszystkich świętych, nie działo się nic szczególnego. Uczelnia, kolokwia i projekty. 18 grudnia zaczęłam zimową przerwę świąteczną którą starałam się maksymalnie wykorzystać, co myślę, że mi się udało. Z małym przymrużeniem oka mogę się również pochwalić blogmasem,  a także 3 wykonanymi na zamówienie albumami - haha interes kwitnie!
Rok zakończyłam wspaniałą zabawą sylwestrową w gronie przyjaciół, z górą pysznego jedzenia
i karaoke.

Nie wiem co przyniesie rok 2016, ale mam nadzieję, że będzie on równie dobry co 2015. Póki co rozpoczęłam go dobrze mając przy sobie zarówno przyjaciół jak i nowo poznanych ludzi którym wiem, że mogę zaufać. 
Planów i pomysłów na rok 2016 mam niemało, ale wiem, że jeśli uda mi się je wszystkie zrealizować to będę bardzo szczęśliwym człowiekiem.
Buziaki,
M.



CONVERSATION

6 komentarze:

  1. Najważniejsze jest to, że spędziłaś 2015 w gronie świetnych ludzi i spełniłaś jedno ze swoich marzeń :) 2016 na pewno pryzniesie nowe wyzwania i cele do zrealizowania i życzę powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uff, to co napisałaś o maturze mocno mnie uspokoiło :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale się u Ciebie działo ;) Aż mi przypomniałaś, że sama miałam studniówkę kiedyś, a w ogóle o tym nie pamiętam :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Proszę cię, nie mów "3 długie godziny", bo mnie jutro czeka podróż busem do rodziców. Jakieś 16-17 godzin :D
    Mój 2015 też był "rokiem pierwszych razów" - pierwsza praca za granicą, pierwszy dłuższy pobyt zagranicą, pierwsza przeprowadzka z domu, pierwsza wizyta w parku rozrywki itp. I to było fajne :) I również ci życzę, aby 2016 nie był gorszy niż poprzedni!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra, wygrałaś. Moje 3 godziny mają się nijak do Twoich 16-17... Nawet moje 5-6 godzin które zwykle jadę do domu mają się nijak... :P

      Usuń
  5. Nigdy nie wiemy co życie przyniesie :) i to jest takie ekscytujące. Dodaję Cię na Snapie :)

    OdpowiedzUsuń

Hej!
Cieszę się, że wpadłeś na mojego bloga i będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz komentarz. Jeśli coś Ci się nie podoba, bądź masz jakieś uwagi to napisz mi to tutaj bądź w mailu, zobaczymy co da się z tym zrobić. Dziękuje za wszystkie komentarze i obserwacje! ♥